Rodia on the Rocks
Use My Illusion

Archiwum

2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008

Linki

Tori Amos
George Carlin
Nick Cave
Marianne Faithfull
Guns N\'Roses
Joe Haldeman
Jacek Kaczmarski
Mark Kostabi
Metallica
Zemfira
Mój poprzedni blog
Bug City
Ghost in the Shell
Ghost in the Shell TV Series
Hell Hotel
IMDb
SKSW Campaign
VHEMT
Wikipedia
YouTube

Nigdy
Zostaw ślad

Wyślij wiadomość

19.05.2011 :: 23:20
Jak włosy syreny o świcie

No co tam, dziewczyny - tęsknicie? :P

Od czego by tu...


Jestem w Irlandii. Po 10 latach straconych w zasranej Polsce (tzn. ogólnie po ponad 30, ale mówię o tych od ukończenia studiów, powiedzmy) w końcu trafiła mi się propozycja pracy na nieurągających warunkach. Rozmowy trwały od chyba sierpnia zeszłego roku, długie okresy ciszy, znielubiłem firmę za olewactwo, ale - koniec końców - coś z tego wyszło. Jak nie zjebię sprawy, to zahaczę się tu na dobre (firma sporo we mnie zainwestowała na dzień dobry). Największa zmiana dotyczy stylu życia - z freelancingu na korporacyjny: chodzę do biura, pracuję od-do. Zobaczymy, co to przyniesie. Na razie ustabilizowałem sobie pory snu i przestałem chlać.

Przeprowadziłem się 14 maja, miesiąc wcześniej przyleciałem tu na rozmowę. Miałem lecieć 13, ale co? A to, kurwa, że na druty nad trakcją kolejową zjebało się drzewo, przestałem dwie godziny w lesie, bo tyle zajęło ekipom namyślenie się, co z tym fantem zrobić i nie zdążyłem na samolot.

Wrażenia, hm... Mieszkanie wypaśne. Niestety firma funduje mi je tylko przez pierwszy miesiąc, potem muszę sobie coś znaleźć. Miasteczko - cudne. Polaków - za dużo. Atmosfera w korpo - zajebista. Na razie się adaptuję - i w firmie, i w nowej rzeczywistości. Minusy: 1. knife ban, 2. psich gówien na chodnikach nie mniej niż w Polsce.

Chujnia trochę z kotami - mnóstwo badań i papierów. Zachipowane, zaszczepione z przytupem, pod koniec maja będą miały pobieraną krew do badania i od tego czasu mogą przekroczyć granicę dopiero po 6 miesiącach. Czyli mniej więcej za pół roku muszę po nie pojechać, a na razie zostały pod prawie bezinteresowną opieką sąsiadów.

Jestem bliżej R. To pierwsza laska, którą się poważniej zainteresowałem od dłuższego czasu. Mieszka na północy Anglii, pewnie mnie tu odwiedzi, ale jest tam uwiązana studiami, a związków na odległość przerabiać nie będziemy. Nie wiem, co z tym zrobić, szczerze mówiąc.

Na kilkanaście dni przed wyjazdem okazało się, że zostałem jednym z tych 20% szczęśliwców wylosowanych do spisu reprezentacyjnego. Posłałem ich na drzewo -  nie otwierałem, nie odpowiadałem, nie było mnie. Nic już, kurwa, nic nie muszę robić dla korzyści tego jebanego kraju. Nic. I mogą mi nafiukać.

Jak pojadę po koty, zdecyduję, co z mieszkaniem - czy sprzedać, czy wynająć. Bliżej mi do tego pierwszego, żeby odciąć się dokładnie i zapomnieć.

Nie mam głowy za bardzo do pisania. Od jakiegoś czasu mnie nosiło, żeby tu coś wrzucić, ale jak zasiadłem przed kompem, to mam wrażenie, że nie ujmuję istoty tego wszystkiego, że nie przekazuję tego co najważniejsze. Na razie mam we łbie mętlik, mnóstwo nowych informacji, nowych okoliczności. Za to cieszę się z kontaktu z ludźmi i czuję jak powoli napływa we mnie życie. Może jak ustąpi nieco cała ta ekscytacja nową sytuacją, ogarnę wszystko i sensownie opiszę.

A może po prostu jest mi nieswojo, bo już nie mam za bardzo na co się wkurwiać. :P

Anyhoo, peace out.


Link :: Komentuj (7)


19.04.2011 :: 15:48
...

Małgorzato, a może Ty jesteś Maggie? :D

Uśmiechy chyba podziałały, dum-di-dum. ]:->

Link :: Komentuj (2)


24.03.2011 :: 19:48
...

Czas zacząć ćwiczyć "naturalne" uśmiechy. Dum-di-dum.
Link :: Komentuj (0)


20.01.2011 :: 14:46
Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej

Ściera została uznana winną i skazana na karę grzywny w wysokości 600 zł na rzecz Skarbu Państwa (wnioskowałem o 2500). Wyrok jest nieprawomocny.

Śmiech na sali.

Ale mimo wszystko jest w tym dla mnie i pozytywna strona - teraz mam się czym podeprzeć (nie mylić z "podetrzeć") przy składaniu pozwu w trybie cywilnym. A tam będą wchodziły w grę pieniądze rzędu 4-5k. Dla mła.

A jak piesek dalej będzie hau-hau i znów zaciągnę ją przed karny, to wyrok będzie surowszy. Nie jest więc tak źle, jest całkiem nieźle wręcz.

Buzi-buzi.

Link :: Komentuj (0)


17.01.2011 :: 04:19
The Great Empty Hole

WYATT: What makes a man like Ringo, Doc? What makes him do the things he does?

DOC: A man like Ringo's got a great empty hole right through the middle of
him. He can never kill enough or steal enough or inflict enough pain to
ever fill it.

WYATT: What does he need?

DOC: Revenge.

WYATT: For what?

DOC: Being born.


Link :: Komentuj (0)


22.12.2010 :: 01:37
Takie tam pierdolenie

POWAŻNA DYSKUSJA

- Bo widzisz, musimy porozmawiać...
- Tak, wiem - będzie bolało...
- Ostatnio czuję, że się dławię...
- Ja lubię dbać o swoje ciało,
Bo kiedy ciało ma się dobrze,
To przecież w duszy jakby lepiej...
- Tak, ja nie o tym... Coś mnie boli...
- Może ten napar cię pokrzepi?
No już, weź łyk i łzy swe otrzyj.
Weź łyk i przestań już biadolić.
- Bo widzisz, nie wiem co jest ważne:
Czy to, że masz i nagle tracisz,
Czy to, że gwiazdy świecą nocą,
Czy to, że kimś jest kiedyś każdy,
Czy że bez sensu, bo i po co...
- Wiesz, tyle spraw do załatwienia...
Ja muszę wszystkie długi spłacić...
Ty będziesz patrzeć w gwiazdy swoje,
A ja się wraz ze światem zmieniam...
Chcę być i mieć, i nie należeć...
- Ale ja właśnie o tym mówię!
Marzymy ciągle o spokoju,
Lecz to nie taka prosta sprawa...
- Prosta, wystarczy tylko ufać,
A przecież ty mi już nie wierzysz...
- Czekaj, mieliśmy porozmawiać...

                                   26 IX 2002

Takie coś kiedyś napisałem. Po rozstaniu z M. Przyszło mi do głowy, bo znowu zastanawiam się, co jest ważne. Sprawy do załatwienia jutro? Marzenia, które się spełnią albo nie (ze wskazaniem na "nie")? Znalezienie suczy na pijaną noc? Co jest ważne?

Sny. Mam niesamowite sny. Fabularne baje, realistyczne, rzadko uciekające w surrealizm... Zwykle przyjemne. A nawet jak męczące albo straszne, to jednocześnie wciągające, interesujące, intrygujące. Zwykle żal się budzić. W snach powracają do mnie uczucia, osoby, doznania...

Dzisiaj była druga rozprawa w sprawie wiadomej - przesłuchanie świadków. Kurwa. To jest dopiero surrealizm jakiś! W sumie nic to nie wniosło, ale jestem z siebie jakiś niezadowolony, jakbym mógł zadziałać tam lepiej. Mowa końcowa i zapewne wyrok - 20 stycznia 2011. End of phase 1.

Ogólnie jestem spokojniejszy. Ciągnę na środkach uspokajających i nasennych zapijanych piwem. Dostęp do psychotropów za friko? Czemu nie...

Czas ucieka, a ja nic nie osiągnąłem. Nie napisałem książki, po której ludzie popełnialiby masowe samobójstwa, nie napisałem oscarowego scenariusza (chociaż w kwestii scenariuszy coś jakby ruszyło)... Nie zintegrowałem się ze światem. Dalej go nienawidzę. Nie znoszę ludzi - ludzie mi w życiu przeszkadzają, nie pomagają. Zamykam oczy i szlag mnie trafia na myśl, że gdy je otworzę, będę tkwił w tym samym gównie, co do tej pory.
Link :: Komentuj (3)


30.09.2010 :: 23:22
Na shle, Praha!

Jo. Wróciłem przedwczoraj wieczorem. Jak ja nienawidzę wracać do tego jebanego miejsca...

Ale.

Wyjazd koncertowo-dziwkowy zaliczamy do udanych.

Z praskich atrakcji zaliczyłem tylko knajpki i przytulny burdelik (pozdrowienia, Domča!), który dziwnym trafem znajdował się dwa kroki od mojego hotelu. :D

Z niepraskich - wiadomo.

Półtorej godziny stania na zimnie, zanim otworzyli drzwi. Napierdoleni Czesi i Słoweńcy, którzy zobaczyli we mnie "young Axl" i zaczęli się bratać (btw, ja jakoś na koncertach się nie napierdalam - to są chwile, które wolę przeżywać na trzeźwo). Nawalona Czeszka, która chciała się miziać, ale jako że godzinkę z hakiem wcześniej zostałem profesjonalnie zrelaksowany, ze swoim zapryszczonym ryjkiem nie miała szczęścia. Potem następne półtorej godziny czekania w środku przy jakimś stoliku - pierwszy kontakt z Polakami ("I'm not Axl Rose!" ha, gotcha!). Potem godzina supportu - Danko Jones - nawet, nawet. Następne półtorej godziny z hakiem czekania pod sceną, publiczność się niecierpliwi, ja też. Pepik radośnie oznajmia w PA, że Axl jest w drodze i koncert rozpocznie się... ok. północy. Ludzie się rozłażą, siadają (to ja), marudzą... Godzina 23:15 i bez żadnego ostrzeżenia gasną światła i zaczyna się! Momentalnie zapominam, że jestem wkurwiony przez to opóźnienie i zaczyna się szaleństwo. :]



Rodieńka stał parę metrów od sceny i wyszalał się za wszystkie czasy - dopóki nie zabrakło siły. Grali prawie trzy godziny i parę ostatnich kawałków po prostu przestałem i przekiwałem się tylko. Było trochę problemów z dźwiękiem i jakby z kondycją Axla, ale dali radę. Nie wiem, co tu opisywać - koncerty to dla mnie przeżycia intymne i mistyczne, nie umiem. Przygody okołokoncertowe - owszem, ale sam koncert trzeba po prostu przeżyć. Kropa.

A. U Rodieńki dało się zaobserwować dwa przebłyski myślenia: uno - przed koncertem kupił se foliową pelerynkę; due - po koncercie kupił se koszulkę GN'R (made in Honduras, a nie China, iii-ha!), coby nie wracać po zimnie w mokrej przepoconej. Więc po wyjściu Rodieńka pije piwko, przebiera się, wdziewa pelerynkę, zapierdala radośnie na pobliską stację metra i... jo, jo - metro już nieczynne. Błąka się przez chwilę po wypizdowie w mocnym deszczu, angażuję recepcjonistkę z hotelu do wezwania taksówki, ale w międzyczasie łapie se własną i o 3:15 zwala się do pokoju, żeby, kurwa, bladym świtem wstać i wrócić do miejsca, którego nienawidzi.

A dzisiaj, kurwa, od rana mi cieknie z nosa (ale tylko z lewej dziurki :D) - i nie wiem, czy to koncert wychodzi, czy dzisiejsze bieganie, czy wszystko naraz. A, no bo biegam cały czas zgodnie z planem i tylko na czas wyjazdu miałem dwa dni przerwy w treningach.

Poza tym jestem jakiś osłabiony - w zeszłym tygodniu chciałem się zaszczepić przeciw grypie, ale też nie byłem w formie i zamiast tego dostałem skierowania na badania przeróżne. Kurwa, trzeba się doprowadzić do porządku. Trzeba umrzeć zdrowo. :P

Po powrocie zrobiłem sobie małe podsumowanie moich koncertowych wypraw:

1997-08-12 - U2 - Warszawa
1998-06-08 - Tori Amos - Berlin
1998-12-08 - Jacek Kaczmarski - Szczecin
1999-03-14 - Nick Cave - Wrocław
1999-06-01 - Metallica - Warszawa
1999-11-12 - Jacek Kaczmarski - Szczecin
1999-11-19 - Metallica - Berlin
2000-11-23 - Jacek Kaczmarski - Szczecin
2001-05-25 - Nick Cave and the Bad Seeds - Wrocław
2001-12-10 - Jacek Kaczmarski - Szczecin
2002-04-26 - Przechowalnia - Szczecin
2002-11-14 - Queens of the Stone Age - Berlin
2003-06-07 - Metallica - Berlin
2004-06-25 - Metallica - Dublin
2004-11-11 - Nick Cave & the Bad Seeds - Londyn
2005-07-05 - U2 - Chorzów
2006-06-06 - Metallica - Berlin
2006-06-15 - Guns N'Roses - Warszawa
2007-04-29 - NoMeansNo - Bydgoszcz
2007-05-28 - Zemfira - Hamburg
2007-06-01 - Aga Zaryan - Szczecin
2007-06-03 - Mariza - Szczecin
2007-07-16 - Sinead O'Connor - Poznań
2007-07-19 - Marianne Faithfull - Wrocław
2007-07-24 - Mech - Warszawa
2007-07-25 - The Rolling Stones - Warszawa
2008-07-03 - Suzanne Vega - Szczecin
2008-08-15 - Metallica - Hasselt
2009-08-25 - Radiohead - Poznań
2010-09-27 - Guns N'Roses - Praga

+ kilka nieudokumentowanych typu Jaromir Nohavica, kawałek Heya, jakieś Jarociny, masówki itd.

Hm, chyba nieźle. Tyle mam z życia. Tyle się liczy.

Ostatnio uświadomiłem sobie, że śmierć zyskała nowe oblicze. Ludzie piszą blogi, udzielają się na forach, jakichś gównach społecznościowych, wykupują abonamenty w grach i nagle jeb, po nich. A cała ta niedokończona treść zawisa w sieci. Tkwią na listach kontaktów, "przyjaciół", dopóki ich nie wyjebią, bo za długo są offline. He he - śmierć to po prostu przechodzenie w wieczny offline. :D

A ja? Czuję się staro. Czuję, że jadę z górki. Czuję się oszukany. Czuję się niespełniony. Czy czuję się samotny? Czasami. Czy chciałbym to zmienić? Nie. Chyba, że sprawisz jakiś cud, Małgorzato.

Więc, cytując Axla: GOOD - FUCKING - NIGHT!
Link :: Komentuj (2)


15.09.2010 :: 23:18
Prago, nadciągam!

To się nazywa spontan - dzisiaj kupiłem bilet na praski koncert GN'R! Pod sceną! Hotel zabukowany, jeszcze tylko transport opracować. Ha!

Od paru dni mam spokój. W sensie ciszy. W sensie braku szczekania. Widać okazało się, że można pieska tak przypilnować, żeby nie darł japy. Tylko musiał strach przed karą do dupy zajrzeć. I dobrze, że zajrzał. Po rozprawie zeszło ze mnie sporo złości i agresji, ale chcę to dociągnąć do końca - moja krzywda nie może im ujść bezkarnie. I nieodpłatnie.

W sierpniu przez tydzień z hakiem byłem w Wawie u KBK. Miał być pobyt zakupowo-relaksacyjno-dziwkarski, a wyszedł... chorobowy. Na drugi dzień po przyjeździe kamica nerkowa pierdolnęła mną na deski, dobę spędziłem w szpitalach (bambus jebany - niech mi tylko rachunek z Wolskiego przyślą... niech, kurwa, tylko przyślą... I nie - nie jestem rasistą), a potem pięć czy sześć dni praktycznie siedziałem w domu na środkach przeciwbólowych. Dopiero dwa-trzy ostatnie dni nadrabiałem z zakupami (musiałem, bo przecież w mojej wsi cokolwiek sensownego dostać graniczy z cudem). U JK na grobie też byłem. Po raz pierwszy tam nie ryczałem.

KBK mają dzieciaka, teraz niedawno chyba 2 lata skończył. Nie tyle dzieciaka, co szatana. Nieznośny i krzykliwy bachor, szarpie im nerwy i niszczy spokój. Podziwiam ich, że mimo wszystko okazują mu praktycznie tylko czułość i miłość. No nic, tyle mogę powiedzieć, że dzielnie zniosłem to hałaśliwe towarzystwo.

K. miał jakieś fazy na strojenie fochów i pajacowanie znowu, niestety. Ale obyło się bez większych spięć, bo ja z kolei nie miałem fazy na pokazywanie "co to nie ja".

Przez tę kamicę nie wróciłem na ślub Tomków - szkoda i nie szkoda. Z jednej strony chciałem tam być, bo to ważny dla nich dzień, ale z drugiej nie miałem ochoty na tego typu imprezę. Więc może i dobrze, że rozeszło się po kościach. Szkoda tylko, że musiałem to, kurwa, okupić takim bólem. (Wiecie jak boli, jak taki kamień się uruchomi? Tak, że chce się umrzeć. A te chuje w Wolskim dały mi jakiś nieskuteczny środek przeciwbólowy (podobno najsilniejszy, na morfinie) i się potem wypięły. I jeszcze próbowały mi wmawiać, że to zatrucie, kurwa ich jebana mać). A Tomki dzisiaj wrócili z podróży poślubnej z Francji.

Od zeszłego tygodnia zacząłem biegać. W sensie - regularnie. Trenować. Kurwa, kondycja leżała i prosiła, żeby ją dobić, więc trzeba było coś z tym zrobić. Ciężko jest, płuca wypluwam, ale na razie daję radę i wszystko idzie zgodnie z planem. Najbardziej profesjonalny mam, kurwa, dresik. Normalnie nic, tylko w bramie stanąć i leszczy z komór kroić.

Co tam jeszcze... Nowe zabaweczki - noże, chociaż po powrocie się z tym trochę uspokoiłem, bo na razie nożowe potrzeby mam pozaspokajane. Nowy kompiutejek - jednak co Asusik, to, kurwa, Asusik. Nowy fefonik - na przekór sobie samemu wziąłem Nokię i jak na razie jestem z niej zadowolony.

I cały czas kombinuję, jak stąd wypierdolić. Tylko jakoś mało konkretnie kombinuję. Ale pieprzyć to - przez chwilę pożyję sobie koncertem.

A, i jeszcze. Czytelniczki moje drogie - miło, że się odezwałyście. ;) Dzisiaj coś do trzepania piórami przy:



PS Eliza, nie prowokuj mnie tu z tą kolekcją! (Jak mnie najdzie, to się pochwalę). ;)
Link :: Komentuj (4)


10.09.2010 :: 13:53
Rozprawa

Będzie krótko, bo znieczulam się piwem i zaraz odsypiam wczesną pobudkę (o 9 :P).

Miałem złe przeczucia i mimo przekonania o swojej racji nie wierzyłem, że sąd wyjdzie z czymś konstruktywnym.

Trochę się myliłem. Sąsiadeczka najprawdopodobniej zostanie ukarana. Czy to poprawi sytuację? Nie wiem, ale otworzy mi jeszcze jedne drzwi do sprawiedliwości. Jest nadzieja, że nie można bezkarnie zakłócać mojego spokoju w moim własnym mieszkaniu.

I jeszcze milionaście spraw do omówienia, ale to nie teraz. Może wkrótce znów wrócę na dłużej i częściej.

Ktoś to jeszcze czyta w ogóle? Małgorzato, Ty na pewno czytasz z zapartym tchem. Więc warto pisać.
Link :: Komentuj (5)


06.09.2010 :: 15:51
300, kurwa!


Link :: Komentuj (0)


powered by Ownlog.com & Fotolog.pl